Hamulec nożny nigdy nie padał, musiał byś łańcuch zerwać, więc albo odpisujesz coś czego nie doświadczyłeś, albo twój ojciec jeździł naprawdę popsutą ukrainą :p
Tuś mnie zagrzał, bo rozmawiasz ze specjalistą, który naprawiał domową Ukrainę najrzadziej co 2 tygodnie ;) Praca hamulca nożnego powodowała bardzo duże obciążenie łożyska znajdującego się po stronie zębatki i stożkowatej tulei, na której pracowało. Gdy powstawały znaczne luzy, o co było wyjątkowo łatwo, hanulcec zaczynał przeskakiwać i nie spełniał swojej roli. Działo się to najczęściej w całkowicie zaskakujących sytuacjach.
Dlatego co tydzień lub najrzadziej co dwa trzeba było wszystko regulować i dociągać, również w suporcie pe**łowym. Ale nawet taka dbałość kompletnie niczego nie gwarantowała. Mówię o wersji Ukrainy z połowy lat osiemdziesiątych, może później coś poprawili.
Ależ oczywiście, że hamulec padał. Jeśli wałeczki hamulcowe w tylnej piaście były już wydarte, to hamowania nie było (pe**ły przeskakiwały dając do tyłu, a hamulec nie łapał). Za pacholęcia jeździliśmy na dziecięco-młodzieżowych rowerach z takim właśnie hamulcem. Często robiliśmy zawody, kto rozpędzony na leśnej drodze namaluje dłuższą krechę zablokowanym tylnym kołem. Po jakimś czasie takich eksperymentów, hamulec w końcu odmawiał posłuszeństwa i trzeba było wymieniać wspomniane pozdzierane wałeczki.
Ale czego się wtedy człowiek nauczył, to jego ;) W następnym rowerze potrafiłem nawet rozebrać do zera wolnobieg i złożyć. Jaki serwis. Jakie części zamienne. Wszystko własne ręce i co najwyżej kulki przekładane z łożyska do innego, jeśli przynajmniej to udało się gdzieś kupić. Piękne czasy.
@GorszyAleLepszy Takiego hamulca "z kontrą" nigdy nie rozbierałem, bo byłem za mały. Ojciec to wtedy robił (ja tylko ciekawsko asystowałem, bo nie znałem się na tym). Grzebałem dopiero w późniejszych rowerach. Ale to już były "kolarki" z hamulcami szczękowymi.
Hamulec nożny nigdy nie padał, musiał byś łańcuch zerwać, więc albo odpisujesz coś czego nie doświadczyłeś, albo twój ojciec jeździł naprawdę popsutą ukrainą :p
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Tuś mnie zagrzał, bo rozmawiasz ze specjalistą, który naprawiał domową Ukrainę najrzadziej co 2 tygodnie ;) Praca hamulca nożnego powodowała bardzo duże obciążenie łożyska znajdującego się po stronie zębatki i stożkowatej tulei, na której pracowało. Gdy powstawały znaczne luzy, o co było wyjątkowo łatwo, hanulcec zaczynał przeskakiwać i nie spełniał swojej roli. Działo się to najczęściej w całkowicie zaskakujących sytuacjach.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Dlatego co tydzień lub najrzadziej co dwa trzeba było wszystko regulować i dociągać, również w suporcie pe**łowym. Ale nawet taka dbałość kompletnie niczego nie gwarantowała. Mówię o wersji Ukrainy z połowy lat osiemdziesiątych, może później coś poprawili.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Ależ oczywiście, że hamulec padał. Jeśli wałeczki hamulcowe w tylnej piaście były już wydarte, to hamowania nie było (pe**ły przeskakiwały dając do tyłu, a hamulec nie łapał). Za pacholęcia jeździliśmy na dziecięco-młodzieżowych rowerach z takim właśnie hamulcem. Często robiliśmy zawody, kto rozpędzony na leśnej drodze namaluje dłuższą krechę zablokowanym tylnym kołem. Po jakimś czasie takich eksperymentów, hamulec w końcu odmawiał posłuszeństwa i trzeba było wymieniać wspomniane pozdzierane wałeczki.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Ale czego się wtedy człowiek nauczył, to jego ;) W następnym rowerze potrafiłem nawet rozebrać do zera wolnobieg i złożyć. Jaki serwis. Jakie części zamienne. Wszystko własne ręce i co najwyżej kulki przekładane z łożyska do innego, jeśli przynajmniej to udało się gdzieś kupić. Piękne czasy.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
@GorszyAleLepszy Takiego hamulca "z kontrą" nigdy nie rozbierałem, bo byłem za mały. Ojciec to wtedy robił (ja tylko ciekawsko asystowałem, bo nie znałem się na tym). Grzebałem dopiero w późniejszych rowerach. Ale to już były "kolarki" z hamulcami szczękowymi.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Ukraina była dziadka jak jeb...m w drzewo to ze miesiąc się nie odzywał.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Pamiętam taki tekst z lat '80 - "nie pij wódki, nie pij wina, kup se rower Ukraina !".
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Nie pij wódki, nie pij wina, kup karabin zabij skina.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Kiedyś było powiedzenie NIE PIJ WUDKI, NIE PIJ WINA KUP SE ROWER UKRAINA
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
d**a jasiu - mówiło sie motor wierchowina
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Ja jeździłam na polskich "Wigrach"
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Pod ramą się jeździło za dzieciaka.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Hamulec nożny raczej nie padał. Chyba że łańcuch spadł.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
ups na dole cała dyskusja na ten temat. W Wigry nie padał.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane