Na papierze sytuacja wygląda całkiem dobrze. Czytelniczka przedstawiająca się jako Asia zaczęła pracować jeszcze przed studiami, podczas nauki dorabiała w sklepach odzieżowych, a później znalazła zatrudnienie związane ze swoim kierunkiem i zainteresowaniami. Nie chodzi więc o pracę, której nienawidzi. Problemem stał się sposób, w jaki podporządkowała ona całe jej życie.
Każdego dnia 28-latka wcześnie wstaje, przygotowuje się i jedzie autobusem do pracy. Podróż w jedną stronę zajmuje jej około godziny. Po ośmiu godzinach na etacie czeka ją podobnie długi powrót. Gdy dociera do domu, większość dnia jest już za nią, a energii wystarcza najwyżej na wykonanie podstawowych obowiązków.
Asia uważa, że znacznie lepiej funkcjonowałaby w innych godzinach. Poranne wstawanie sprawia jej trudność, za to wieczorem jest bardziej skupiona i chętnie pracowałaby właśnie wtedy. W jej firmie nie ma jednak ani pracy zmianowej, ani możliwości swobodnego ustalania godzin. Pozostaje więc klasyczny etat od rana do popołudnia, który zupełnie nie pasuje do jej rytmu dnia.
Tekst Gazeta.pl został opublikowany 17 września 2024 roku i opiera się na osobistym liście czytelniczki. Nie jest więc badaniem sytuacji całego pokolenia, ale opisem konkretnego doświadczenia, które może być znajome również innym osobom spędzającym znaczną część dnia w pracy i środkach komunikacji.
Do zmęczenia dochodzi brak perspektyw mieszkaniowych. Asia wraz z chłopakiem mieszka w domu swoich rodziców. Wynajmu nie bierze pod uwagę ze względu na wysokie koszty, zwłaszcza że piętrowy dom rodziców nie jest w pełni wykorzystywany. Jednocześnie jej dochody nie wystarczają, aby samodzielnie otrzymać kredyt nawet na niewielką kawalerkę. Partner nie spieszy się z małżeństwem, a ona nie chce wywierać na nim presji.
W efekcie 28-latka znalazła się w dość absurdalnej sytuacji: ma stałą pracę, nie zarabia najgorzej, nie płaci rynkowego czynszu, a mimo to nie czuje ani finansowej niezależności, ani satysfakcji z codziennego życia. Zamiast planów, zainteresowań i odpoczynku pozostaje odliczanie czasu do powrotu do łóżka.
Sama podkreśla, że nie ma dzieci, a już teraz ledwo radzi sobie z wyczerpaniem. Tym bardziej nie potrafi wyobrazić sobie, jak podobny rytm znoszą rodzice, którzy po powrocie z etatu rozpoczynają kolejną zmianę – tym razem w domu.
Ta historia nie oznacza, że system pracy od 9 do 17 jest zły dla każdego. Pokazuje jednak, że pełny etat nie zawsze daje poczucie stabilizacji. Można mieć pracę w zawodzie, przyzwoitą pensję i dach nad głową, a jednocześnie czuć, że własne życie gdzieś znika pomiędzy budzikiem, autobusem i kolejnym dniem spędzonym według tego samego harmonogramu.
Każdego dnia 28-latka wcześnie wstaje, przygotowuje się i jedzie autobusem do pracy. Podróż w jedną stronę zajmuje jej około godziny. Po ośmiu godzinach na etacie czeka ją podobnie długi powrót. Gdy dociera do domu, większość dnia jest już za nią, a energii wystarcza najwyżej na wykonanie podstawowych obowiązków.
Asia uważa, że znacznie lepiej funkcjonowałaby w innych godzinach. Poranne wstawanie sprawia jej trudność, za to wieczorem jest bardziej skupiona i chętnie pracowałaby właśnie wtedy. W jej firmie nie ma jednak ani pracy zmianowej, ani możliwości swobodnego ustalania godzin. Pozostaje więc klasyczny etat od rana do popołudnia, który zupełnie nie pasuje do jej rytmu dnia.
Tekst Gazeta.pl został opublikowany 17 września 2024 roku i opiera się na osobistym liście czytelniczki. Nie jest więc badaniem sytuacji całego pokolenia, ale opisem konkretnego doświadczenia, które może być znajome również innym osobom spędzającym znaczną część dnia w pracy i środkach komunikacji.
Do zmęczenia dochodzi brak perspektyw mieszkaniowych. Asia wraz z chłopakiem mieszka w domu swoich rodziców. Wynajmu nie bierze pod uwagę ze względu na wysokie koszty, zwłaszcza że piętrowy dom rodziców nie jest w pełni wykorzystywany. Jednocześnie jej dochody nie wystarczają, aby samodzielnie otrzymać kredyt nawet na niewielką kawalerkę. Partner nie spieszy się z małżeństwem, a ona nie chce wywierać na nim presji.
W efekcie 28-latka znalazła się w dość absurdalnej sytuacji: ma stałą pracę, nie zarabia najgorzej, nie płaci rynkowego czynszu, a mimo to nie czuje ani finansowej niezależności, ani satysfakcji z codziennego życia. Zamiast planów, zainteresowań i odpoczynku pozostaje odliczanie czasu do powrotu do łóżka.
Sama podkreśla, że nie ma dzieci, a już teraz ledwo radzi sobie z wyczerpaniem. Tym bardziej nie potrafi wyobrazić sobie, jak podobny rytm znoszą rodzice, którzy po powrocie z etatu rozpoczynają kolejną zmianę – tym razem w domu.
Ta historia nie oznacza, że system pracy od 9 do 17 jest zły dla każdego. Pokazuje jednak, że pełny etat nie zawsze daje poczucie stabilizacji. Można mieć pracę w zawodzie, przyzwoitą pensję i dach nad głową, a jednocześnie czuć, że własne życie gdzieś znika pomiędzy budzikiem, autobusem i kolejnym dniem spędzonym według tego samego harmonogramu.