Nowa „Lalka” Pawła Maślony od premiery zbiera tyle komentarzy, że człowiek zaczyna podejrzewać, iż w Polsce nie mamy już inflacji, korków ani remontów, tylko jeden narodowy problem: co oni zrobili z Wokulskim i Łęcką. Serial świadomie odchodzi od szkolnego wyobrażenia powieści, dopisuje wątki i przedstawia bohaterów bardziej współcześnie. Netflix zresztą nawet tego specjalnie nie ukrywa. To reinterpretacja, nie ekranowa kserokopia lektury.
Do dyskusji dołączyła teraz Blanka Lipińska, która na wstępie uczciwie zaznaczyła, że książki Prusa nie czytała i właściwie nie wie, o czym dokładnie jest literacki oryginał. Obejrzała natomiast serial. I po seansie coś jej zaczęło pachnieć znajomo.
Autorka „365 dni” uznała, że relacja serialowych Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego przypomina jej Laurę i Ma*sima. Według niej, Łęcka ogląda się głównie na pieniądze, natomiast zakochany Wokulski robi dla niej kosztowne głupoty i wypada przy tym mało męsko.
No dobrze. Człowiek przez pół życia słyszał, że „Lalka” to wielka powieść o społeczeństwie, klasach, pieniądzach, niespełnionej miłości, ambicji i awansie społecznym. A tu proszę. Wystarczyło ponad sto lat, Netflix i Blanka Lipińska, żebyśmy dotarli do interpretacji: ona chce bogatego chłopa, on oszalał na jej punkcie, czyli trochę „365 dni”.
Sama Lipińska poszła zresztą dalej. Porównała Wokulskiego, który angażuje majątek i usiłuje wkupić się do świata Izabeli, z Ma*simem. W jej żartobliwym ujęciu bohater „365 dni” przynajmniej nie bawił się tak długo, tylko miał swoją wizję, porwał kobietę i szybciej przeszedł do realizacji planu.
Tak, naprawdę jesteśmy w miejscu, w którym Wokulski przegrywa konkurs na zdecydowanie z sycylijskim gangsterem porywającym kobietę.
Trzeba jednak Lipińskiej oddać jedno: na końcu zaznaczyła, że żartuje. I dobrze o tym pamiętać, bo Internet ma tę cudowną właściwość, że z półminutowej żartobliwej wypowiedzi w trzy godziny potrafi zrobić spór o upadek polskiej kultury, koniec edukacji i zapewne rychłe nadejście czterech jeźdźców Apokalipsy. Trzech byłoby na koniach, czwarty z egzemplarzem „Lalki” pod pachą.
Zresztą podobieństwo zauważone przez Lipińską nie wzięło się całkowicie z sufitu. Netflix sam opisuje Wokulskiego jako człowieka owładniętego obsesyjnym zauroczeniem Izabelą. Pieniądze, status, kontrola i uczucie są w tej wersji historii mocno wyciągnięte na pierwszy plan. Tyle że od tego do stwierdzenia, że Prus napisał XIX-wieczne „365 dni”, prowadzi jednak droga mniej więcej tak długa jak z Warszawy na Sycylię.
Najzabawniejsze jest coś innego. Blanka Lipińska właściwie zrobiła dokładnie to, co dziś robi spora część Internetu: obejrzała nową adaptację, przyłożyła do niej własne doświadczenia i zobaczyła historię przez swój filtr. Jedni widzą zdradę Prusa, inni nowoczesną interpretację klasyki, a ona zobaczyła Ma*sima.
Może właśnie na tym polega cała współczesna wiocha. Nie na tym, że ktoś przeczytał książkę inaczej niż my. Tutaj książka nawet nie była potrzebna. Wystarczy Netflix, kilka odcinków i już Prus siedzi przy jednym stole z „365 dni”. Jeszcze chwila, a ktoś obejrzy „Chłopów” i odkryje, że to tak naprawdę polskie „Rolnik szuka żony”, tylko z większą ilością ziemi i mniejszą liczbą kamer.
Do dyskusji dołączyła teraz Blanka Lipińska, która na wstępie uczciwie zaznaczyła, że książki Prusa nie czytała i właściwie nie wie, o czym dokładnie jest literacki oryginał. Obejrzała natomiast serial. I po seansie coś jej zaczęło pachnieć znajomo.
Autorka „365 dni” uznała, że relacja serialowych Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego przypomina jej Laurę i Ma*sima. Według niej, Łęcka ogląda się głównie na pieniądze, natomiast zakochany Wokulski robi dla niej kosztowne głupoty i wypada przy tym mało męsko.
No dobrze. Człowiek przez pół życia słyszał, że „Lalka” to wielka powieść o społeczeństwie, klasach, pieniądzach, niespełnionej miłości, ambicji i awansie społecznym. A tu proszę. Wystarczyło ponad sto lat, Netflix i Blanka Lipińska, żebyśmy dotarli do interpretacji: ona chce bogatego chłopa, on oszalał na jej punkcie, czyli trochę „365 dni”.
Sama Lipińska poszła zresztą dalej. Porównała Wokulskiego, który angażuje majątek i usiłuje wkupić się do świata Izabeli, z Ma*simem. W jej żartobliwym ujęciu bohater „365 dni” przynajmniej nie bawił się tak długo, tylko miał swoją wizję, porwał kobietę i szybciej przeszedł do realizacji planu.
Tak, naprawdę jesteśmy w miejscu, w którym Wokulski przegrywa konkurs na zdecydowanie z sycylijskim gangsterem porywającym kobietę.
Trzeba jednak Lipińskiej oddać jedno: na końcu zaznaczyła, że żartuje. I dobrze o tym pamiętać, bo Internet ma tę cudowną właściwość, że z półminutowej żartobliwej wypowiedzi w trzy godziny potrafi zrobić spór o upadek polskiej kultury, koniec edukacji i zapewne rychłe nadejście czterech jeźdźców Apokalipsy. Trzech byłoby na koniach, czwarty z egzemplarzem „Lalki” pod pachą.
Zresztą podobieństwo zauważone przez Lipińską nie wzięło się całkowicie z sufitu. Netflix sam opisuje Wokulskiego jako człowieka owładniętego obsesyjnym zauroczeniem Izabelą. Pieniądze, status, kontrola i uczucie są w tej wersji historii mocno wyciągnięte na pierwszy plan. Tyle że od tego do stwierdzenia, że Prus napisał XIX-wieczne „365 dni”, prowadzi jednak droga mniej więcej tak długa jak z Warszawy na Sycylię.
Najzabawniejsze jest coś innego. Blanka Lipińska właściwie zrobiła dokładnie to, co dziś robi spora część Internetu: obejrzała nową adaptację, przyłożyła do niej własne doświadczenia i zobaczyła historię przez swój filtr. Jedni widzą zdradę Prusa, inni nowoczesną interpretację klasyki, a ona zobaczyła Ma*sima.
Może właśnie na tym polega cała współczesna wiocha. Nie na tym, że ktoś przeczytał książkę inaczej niż my. Tutaj książka nawet nie była potrzebna. Wystarczy Netflix, kilka odcinków i już Prus siedzi przy jednym stole z „365 dni”. Jeszcze chwila, a ktoś obejrzy „Chłopów” i odkryje, że to tak naprawdę polskie „Rolnik szuka żony”, tylko z większą ilością ziemi i mniejszą liczbą kamer.