Najgorzej było latem. Opary gó**a, pot, łzy, milion much. Najfajniej jak czasem jakiś zabłąkany szerszeń wleciał przez okienko w drzwiach. Wtedy najgorsze zatwardzenie przechodziło natychmiast w eksplodującą s**czkę. No i te zimowe nocne niestrawności po Wigilii przy -15 stopniach gdy jaja zamarzały. Ehhh, łza się w oku kręci gdy tak wspominam.
czarna zaraza