Historia wygląda jak połączenie romansu, oferty pracy i konsultacji z księgową.
– Spotykamy się regularnie, płacę ci do 30 tys. zł miesięcznie.
– Brutto czy netto?
Pani Beata – na potrzeby artykułu imię zostało zmienione – opisała skarbówce, że osoba, którą prywatnie zna, zaproponowała odpłatną relację seksualną. Wcześniej miała już otrzymywać za podobne kontakty nieregularne kwoty od 500 do 5 tys. zł miesięcznie. Tym razem stawka miała wzrosnąć do 20–30 tys. zł, więc kobieta wystąpiła o indywidualną interpretację podatkową.
Fiskus uznał, że opisane wpływy nie podlegają podatkowi dochodowemu. Nie dlatego, że urząd wprowadził specjalną ulgę na znajomości z hojnym kolegą.
Dlaczego skarbówka nie chce PIT-u?
Ustawa o PIT nie obejmuje przychodów wynikających z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Mówiąc wprost: państwo nie może zawrzeć ani wyegzekwować umowy, w której jedna osoba zobowiązuje się do określonego kontaktu seksualnego.
Nie da się pójść do sądu i zażądać wykonania takiego świadczenia, jak przy niezapłaconej fakturze za remont łazienki. Zgoda na kontakt seksualny musi istnieć w danej chwili i może zostać wycofana. Umowa nie może jej zastąpić.
Właśnie dlatego organy podatkowe od lat przyjmują, że pieniądze uzyskane z bezpośredniego świadczenia usług seksualnych nie podlegają PIT. Potwierdzają to również publikowane interpretacje Krajowej Informacji Skarbowej.
Samo dobrowolne świadczenie takich usług przez pełnoletnią osobę nie jest w Polsce przestępstwem. Karalne mogą być natomiast między innymi zmuszanie do prostytucji, wykorzystywanie zależności, czerpanie korzyści z cudzej prostytucji czy organizowanie jej dla zysku.
To nie jest zwolnienie dla każdego przelewu od „znajomego”
Największy haczyk pojawia się dopiero wtedy, gdy urząd pyta:
– Skąd ma pani pieniądze na mieszkanie, samochód i wydatki?
– Z relacji prywatnej.
– Proszę to wykazać.
Tu kończy się internetowa bajka o legalnym sposobie na dochód bez podatku. Podatnik musi uwiarygodnić, że pieniądze rzeczywiście pochodziły z opisanego źródła. Sama historia opowiedziana po wszczęciu kontroli może nie wystarczyć.
Znaczenie mogą mieć przelewy, wiadomości, częstotliwość wpłat, dane osoby przekazującej pieniądze i zgodność całej historii z rzeczywistymi wydatkami. Problem polega na tym, że trzeba udowodnić źródło wpływów, ale bez wystawiania faktury za coś, co nie może być normalną usługą objętą skuteczną umową.
To podatkowy paradoks w czystej postaci: nie płacisz PIT-u, lecz w razie kontroli powinieneś umieć wyjaśnić, dlaczego go nie płacisz.
Jeżeli urząd uzna, że pieniądze pochodzą z nieujawnionego źródła, może zastosować sankcyjną stawkę wynoszącą 75 proc. podstawy opodatkowania.
Przy wpływach rzędu 30 tys. zł miesięcznie, daje to 360 tys. zł rocznie. Gdyby fiskus zakwestionował pochodzenie całej kwoty, gra mogłaby się toczyć o 270 tys. zł podatku.
Wspomniana interpretacja nie chroni wszystkich w Polsce
Indywidualna interpretacja podatkowa działa w sprawie osoby, która o nią wystąpiła, i tylko przy założeniu, że opisane przez nią fakty są prawdziwe oraz kompletne. To nie jest nowy przepis ani uniwersalne pozwolenie dla każdego, kto otrzymuje duże przelewy od partnera, partnerki czy znajomego.
W innej sytuacji pieniądze mogą zostać uznane na przykład za darowiznę, wynagrodzenie za inne usługi, przychód z działalności internetowej albo wpływy z nieujawnionego źródła.
Liczy się nie tytuł przelewu, lecz to, za co naprawdę został wykonany.
To szczególnie ważne w Internecie. Sprzedaż zdjęć, filmów, transmisji, dostępu do profilu czy płatnych wiadomości nie musi być traktowana tak samo jak bezpośredni kontakt seksualny. Materiał cyfrowy może być normalnym przedmiotem sprzedaży lub usługi, a wtedy pojawia się zwykły przychód do rozliczenia. Samo erotyczne tło nie wyłącza automatycznie podatków.
A może to była darowizna?
Nie każdy przelew od osoby, z którą łączy nas relacja, jest zapłatą za usługę.
Jeżeli ktoś przekazuje pieniądze dobrowolnie, bez świadczenia w zamian, urząd może potraktować je jako darowiznę. Wtedy wchodzą w grę inne przepisy, limity i obowiązek zgłoszenia, zależne między innymi od stopnia pokrewieństwa.
„Prezent”, „pomoc”, „utrzymanie”, „wynagrodzenie za spotkania” i „darowizna” nie są podatkowymi synonimami. O kwalifikacji decyduje rzeczywisty charakter przepływu pieniędzy, nie nazwa wymyślona po fakcie.
Najprostsza zasada do zapamiętania
Duży regularny przelew powinien mieć prawdziwe, możliwe do wykazania źródło.
Nie trzeba tworzyć fikcyjnych umów ani wpisywać fantazyjnych tytułów przelewów. Przy kwotach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie rozsądne jest uzyskanie własnej interpretacji podatkowej, zamiast powoływania się na cudzą historię przeczytaną w sieci.
Koszt pomyłki może być znacznie wyższy niż podatek, którego ktoś próbował uniknąć.
Największą wiochą w tej opowieści nie jest więc pytanie pani Beaty. Przeciwnie – kobieta zrobiła dokładnie to, co należało: zanim na konto zaczęły wpływać poważne pieniądze, poprosiła urząd o odpowiedź na piśmie. W świecie, w którym nawet fiskus musi analizować różnicę między relacją, usługą, darowizną i świadczeniem niemożliwym do wyegzekwowania, to wyjątkowo trzeźwe podejście.