Tak dochodzimy do Urszuli Sary Zielińskiej z Zielonych, wiceministry klimatu. Pretensje mam zresztą nie do niej. Jeśli ktoś daje człowiekowi stanowisko, trudno wymagać, żeby odpowiedział: „Nie, dziękuję, znajdźcie fachowca”.
W 2022 roku Zielińska kpiła z raportu o katastrofie na Odrze, w którym wskazano złotą algę. „Kpina z rozumu” - mówiła. Dwa lata później, już jako wiceministra, kierowała zespołem walczącym z zakwitem... złotej algi.
W Brukseli poparła 90-procentową redukcję emisji do 2040 roku, po czym jej własna minister i wicepremier musieli tłumaczyć, że polski rząd takiego stanowiska nie ma. O energetyce wiatrowej mówiła, że jest pięć razy tańsza od węgla i gazu, jakby system energetyczny składał się wyłącznie z ceny megawatogodziny, a prąd grzecznie czekał w gniazdku, aż zawieje. Atom przedstawiała przez lata głównie jako gigantyczny koszt, a powierzchnię polskich lasów pomniejszała o zręby, otrzymując w ten sposób własną definicję powierzchni lasu.
Można oczywiście uznać, że człowiek uczy się na stanowisku. Polska administracja najwyraźniej uznała, że Zielińska uczy się wyjątkowo dobrze, bo 8 września dostała dodatkowo funkcję Głównego Konserwatora Przyrody. Teraz pod jej nadzorem znajdą się także ochrona przyrody, parki narodowe i GDOŚ.
I właśnie dlatego nie jest to felieton o Zielińskiej. Jest o tych, którzy rozdają stanowiska według koalicyjnego klucza, a kompetencje próbują dopasować później.
Na naszej wiosce robi się podobnie. Jak wujek nie umie murować, ale jest swój, to dostaje kielnię.
Tylko nikt mu nie daje od razu całej gminy.