Mikołaj Dorożała 4 września złożył rezygnację z funkcji wiceministra klimatu i środowiska oraz Głównego Konserwatora Przyrody. Polityk związany z Polską 2050 odpowiadał w resorcie m.in. za leśnictwo i należał do zwolenników okresowych badań lekarskich dla myśliwych, ograniczenia polowań na niektóre gatunki oraz zmian dotyczących wycinki lasów. Jego działania od dawna wywoływały konflikt ze środowiskiem łowieckim, leśnikami i częścią branży drzewnej.
Z odejścia Dorożały szczególnie ucieszyła się wiceprezeska PSL, Urszula Pasławska. Po informacji o rezygnacji zamieściła w mediach społecznościowych wygenerowaną przez AI grafikę, na której trzyma dymiącą strzelbę. Towarzyszyły jej hasła „Dorożała zdymisjonowany” oraz „Koniec dręczenia myśliwych i leśników”. Warto zaznaczyć, że formalnie Dorożała złożył rezygnację, a nie został zdymisjonowany.
Kilka dni później Pasławska szerzej wyjaśniała swoje stanowisko w audycji „Bez Uników” w radiowej Trójce. Jej zdaniem, odejście wiceministra było konieczne, a prowadzona przez niego „polityka aktywistyczna zbankrutowała”. Zarzucała mu również brak odpowiedniego dialogu z mieszkańcami terenów leśnych, leśnikami, przedsiębiorcami z branży drzewnej i myśliwymi.
Szczególnie ciekawie zrobiło się jednak przy temacie badań lekarskich osób posiadających broń myśliwską. Pasławska nie wykluczyła badań okresowych, ale postawiła dwa warunki: miałyby dotyczyć wszystkich posiadaczy broni i powinien powstać finansowany przez państwo system umożliwiający ich wykonywanie.
– Bo myśliwi, tak jak strażacy, realizują zadania, które państwo narzuca Polskiemu Związkowi Łowieckiemu – przekonywała posłanka PSL.
Pasławska argumentowała również, że wypadki podczas polowań wynikają przede wszystkim z łamania zasad, a nie ze stanu zdrowia myśliwych. Według niej, lepszym rozwiązaniem byłoby zaostrzenie i poprawienie systemu szkoleń praktycznych oraz merytorycznych.
Czy jednak myśliwi rzeczywiście są odpowiednikiem strażaków? Tutaj warto oddzielić polityczną analogię od przepisów. Prawo łowieckie określa Polski Związek Łowiecki jako „zrzeszenie osób fizycznych i prawnych”, a nie państwową służbę. Jednocześnie rzeczywiście nakłada na PZŁ konkretne obowiązki. Należą do nich m.in. prowadzenie gospodarki łowieckiej, regulowanie liczebności zwierzyny, współpraca z administracją i Lasami Państwowymi, działania związane z chorobami zakaźnymi zwierząt, a także wykonywanie innych zadań zleconych przez ministra środowiska.
Innymi słowy: Pasławska ma podstawy, by mówić, że PZŁ realizuje zadania określone w ustawie i współpracuje z państwem. Znacznie dalej idące byłoby jednak stwierdzenie, że sami myśliwi są „służbą państwową” na takich samych zasadach jak strażacy. Takiego statusu Prawo łowieckie im nie nadaje.
Spór o Dorożałę pokazuje więc coś więcej niż tylko kolejny konflikt w koalicji. W tle pozostaje pytanie, gdzie kończy się prywatne hobby związane z posiadaniem broni, a zaczyna wykonywanie zadań ważnych z punktu widzenia państwa – i czy ten drugi element powinien oznaczać dla myśliwych szczególne zasady, także w kwestii obowiązkowych badań.
Z odejścia Dorożały szczególnie ucieszyła się wiceprezeska PSL, Urszula Pasławska. Po informacji o rezygnacji zamieściła w mediach społecznościowych wygenerowaną przez AI grafikę, na której trzyma dymiącą strzelbę. Towarzyszyły jej hasła „Dorożała zdymisjonowany” oraz „Koniec dręczenia myśliwych i leśników”. Warto zaznaczyć, że formalnie Dorożała złożył rezygnację, a nie został zdymisjonowany.
Kilka dni później Pasławska szerzej wyjaśniała swoje stanowisko w audycji „Bez Uników” w radiowej Trójce. Jej zdaniem, odejście wiceministra było konieczne, a prowadzona przez niego „polityka aktywistyczna zbankrutowała”. Zarzucała mu również brak odpowiedniego dialogu z mieszkańcami terenów leśnych, leśnikami, przedsiębiorcami z branży drzewnej i myśliwymi.
Szczególnie ciekawie zrobiło się jednak przy temacie badań lekarskich osób posiadających broń myśliwską. Pasławska nie wykluczyła badań okresowych, ale postawiła dwa warunki: miałyby dotyczyć wszystkich posiadaczy broni i powinien powstać finansowany przez państwo system umożliwiający ich wykonywanie.
– Bo myśliwi, tak jak strażacy, realizują zadania, które państwo narzuca Polskiemu Związkowi Łowieckiemu – przekonywała posłanka PSL.
Pasławska argumentowała również, że wypadki podczas polowań wynikają przede wszystkim z łamania zasad, a nie ze stanu zdrowia myśliwych. Według niej, lepszym rozwiązaniem byłoby zaostrzenie i poprawienie systemu szkoleń praktycznych oraz merytorycznych.
Czy jednak myśliwi rzeczywiście są odpowiednikiem strażaków? Tutaj warto oddzielić polityczną analogię od przepisów. Prawo łowieckie określa Polski Związek Łowiecki jako „zrzeszenie osób fizycznych i prawnych”, a nie państwową służbę. Jednocześnie rzeczywiście nakłada na PZŁ konkretne obowiązki. Należą do nich m.in. prowadzenie gospodarki łowieckiej, regulowanie liczebności zwierzyny, współpraca z administracją i Lasami Państwowymi, działania związane z chorobami zakaźnymi zwierząt, a także wykonywanie innych zadań zleconych przez ministra środowiska.
Innymi słowy: Pasławska ma podstawy, by mówić, że PZŁ realizuje zadania określone w ustawie i współpracuje z państwem. Znacznie dalej idące byłoby jednak stwierdzenie, że sami myśliwi są „służbą państwową” na takich samych zasadach jak strażacy. Takiego statusu Prawo łowieckie im nie nadaje.
Spór o Dorożałę pokazuje więc coś więcej niż tylko kolejny konflikt w koalicji. W tle pozostaje pytanie, gdzie kończy się prywatne hobby związane z posiadaniem broni, a zaczyna wykonywanie zadań ważnych z punktu widzenia państwa – i czy ten drugi element powinien oznaczać dla myśliwych szczególne zasady, także w kwestii obowiązkowych badań.
Drogi towarzyszu, uprzejmie dziękuję za zaproszenie na obchody 20. urodzin Restauracji Czerwony Wieprz. Niestety ze względu na inne zobowiązania kalendarzowe, nie będę mógł wziąć udziału w uroczystości" – czytamy w piśmie, które szef MSZ Radosław Sikorski skierował do właściciela restauracji. Te towarzyszu to mu się wymskneło czy z przyzwyczajenia jak ze swoimi rozmawia ?
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane
Żartobliwa stylistyka nie była przypadkowa. Czerwony Wieprz swoją nazwą i wystrojem nawiązuje do historii powojennej Polski oraz czasów PRL. W lokalu zgromadzono autentyczne przedmioty z epoki, a jego twórca podkreśla, że historyczne elementy nie mają być wyłącznie dekoracją, lecz częścią opowieści tworzącej charakter restauracji. Ale skąd prawak ma wiedzieć. Oni stołują się jedynie w rynsztoku i resztach śmietnikowych, bo na nic ich nie stać, jak już nie ma skąd kraść z kolegami. Oczywiście zawsze kradzież jest godna z procedurami.
Zgłoś komentarz
Zgłoszenie zostało wysłane